NA SZCZĘŚCIE DZIŚ SOBOTA

Mam przyjaciółkę, mądrą, ambitną dziewczynę. Studiuje prawo na dobrej warszawskiej uczelni. Jest na IV roku. Szuka pracy w zawodzie, w kancelarii. Ma niewielkie doświadczenie. Poszła na rozmowę o pracę. Szklany biurowiec, przystojny pan mecenas. Ciekawie mówi o pracy. Opowiada i opowiada… będzie tworzyć proste pisma procesowe, odpowiadać za kontakty z sądami i urzędami, pomagać starszym pracownikom, nie będzie parzyć kawy, będzie miała wielką szansę rozwoju i pozna mądrych ludzi. Ta rewelacyjna oferta okraszona jest wynagrodzeniem 500 zł miesięcznie… hip hip hura ucieszy się studentka! Hip hip hura mam pracę w kancelarii i nawet mi za nią płacą.

Bo jednak najczęściej nie płacą.

Sama przez to przeszłam. Wywalone w kosmos kancelarie, z ego panów mecenasów większym niż stany ich kont… Nie płacące nic, wymagające wszystkiego. Moja inna koleżanka przeszła 3 etapy rekrutacji, w tym dwa w języku obcym, żeby dowiedzieć się, że faktycznie te 1800 zł z ogłoszenia dostanie – ale po pozytywnie zakończonym 6 miesięcznym bezpłatnym okresie próbnym.

Po 10 takich rozmowach student nie widzi wyjścia. Idzie do pracy za 3,90 zł za godzinę. Tłumaczy sobie, że jak zdobędzie trochę doświadczenia, to znajdzie coś lepszego. Odrobi swoje, tak jak my wszyscy, a później będzie kimś. Straci czas, straci kilka wykładów, rok studenckiego życia i odrobinę godności tylko po to, żeby na aplikacji dostać 1280 brutto.

Szacunek do pracodawcy, który nie szanuje pracownika- nie istnieje. Może istnieć strach, a może przyzwyczajenie. Jednak relacja polegająca na zaufaniu i rzetelnej współpracy nigdy. Najgorsze jest to, że studenta nikt nawet nie zamierza szanować, bo po co. Był, poszedł, zapomnieli. O czynniku zwyczajnie ludzkim nie ma tu mowy.

Mam nadzieję i chyba będę się za to modlić, byśmy za kilka lat będąc po tej drugiej stronie biurka. pamiętali jak to było zaraz po studiach. Żeby w każdym pracowniku widzieć ile można dzięki niemu zyskać, a nie to ile można na nim zaoszczędzić.

NA SZCZĘŚCIE DZIŚ SOBOTA.

DrukujE-mail

TAKA ZE MNIE SWOJSKA DZIEWCZYNA

Zanim zaczniesz czytać wprowadź się w odpowiedni nastrój klikając tu.

Wczoraj na siłowni doznałam olśnienia. Błysk, trach, gromy z nieba, gwiazdki nad głową i fanfary! Nie, nie spadłam z bieżni. Włączyło mi się disco polo na ipodzie...

Usłyszałam znajome dźwięki "Magiery". Rozkręcałam się razem z rytmem gitary. Gdy Sławomir dochodził do refrenu pot spływał mi po twarzy, a orbitrek ledwo trzymał się podłogi. Jak mogłam wcześniej tego nie odkryć?! Później była sesja z Zenkiem, jeszcze bardziej owocna w moje zmęczenie. Uwieńczeniem maratonu byli chłopcy z Figo Fagot. Takiego dystansu to ja nigdy dotąd nie zrobiłam!

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie wpadły na to jeszcze Chodakowska, Lewandowska i inne "owskie" od fitnessu. Przecież nawet psa szkoli się treningiem pozytywnym - poprzez kojarzenie przyjemnych bodźców. Disco Polo przypomina imprezy, imprezy kojarzą się z wakacjami, a wakacje z ładnym wyglądem.

Wszyscy tacy jesteśmy elokwentni, oczytani, wygadani. Jemy razowe kanapki z jarmużem, pijemy wodę koksową i wiemy wszystko o oleju palmowym. Jeździmy holenderskimi rowerami, hodujemy rasowe bezpańskie koty, czytamy S.J. Leca i potem strzelamy z rękawa „swoimi” nieuczesanymi myślami, na wakacje jeździmy do Tajlandii... najlepiej stopem.

A kiedy zapada noc, upalna noc lipcowa… kiedy drinki zaczynają się kończyć, a zabawa zaczynać – wtedy wszyscy śpiewamy „Ona tańczy dla mnie” i jemy hot dogi z Orlenu.

Więc na siłowni będę sobą. Będę swojską dziewczyną i będę bardzo głośno słuchać Zenka. Niech gadają.

DrukujE-mail

MAM LEKKIEGO ZEZA / MOWA NIENAWIŚCI

Mam lekkiego zeza na lewym oku. Mam też pełną świadomość, tego, że go mam. Jest nieoperacyjny – nie warto dla tak małej wady ingerować w oko. Korekta laserowa również jest wykluczona. Okulary noszę do czytania i do pracy z komputerem, ale czasem zdarza mi się, że nie zdejmę ich cały dzień. Uważam, że mój zez jest nieładny, ale przywykłam i nie czuję już potrzeby zmiany. Taka moja natura i uroda, nic nie poradzę. 

Kiedyś było inaczej…

Zawsze byłam pewna siebie. Nie miałam oporów przed pokazywaniem siebie w Internecie. Jednak zdjęcia były starannie wyselekcjonowane, najważniejsze kryterium – oczy prosto. Był rok 2007, byłam nastolatką i raz, jeden jedyny raz wstawiłam na swojego fotobloga zdjęcie z lekko uciekającym lewym okiem. Było bardzo ładne, miałam na nim taki błękitny sweterek.

I stało się najgorsze… Zauważyli. Miałam opcję moderowania komentarzy, więc mogłam usunąć te, które nie były odpowiednie. Większość była po prostu wredna. Do krwi zabolał jeden – zaczynający się „Dziewczyna Wądołka….”. Anonim trafił tam, gdzie nie trafił nikt. Uraził mnie wytykając mi moją wadę, jednak zrobił to w sposób ujmujący mojemu chłopakowi. Miałam 15 lat i byłam ogromnie zakochana. Zaczęłam się wstydzić, wstydzić samej siebie. Bałam się co powie mój chłopak, co zrobi. Czy uzna mnie za niegodną jego uczuć? Nie pamiętam co zrobił, nie pamiętam nawet czy mu o tym później powiedziałam. Obecnie jest moim mężem więc chyba się nie przejął. :)

Wiecie jaka była moja reakcja na tamten komentarz? Rozpaczliwa. Usunęłam wszystkie zdjęcia z Internetu. Wszystkie. Przestałam prowadzić tego fotobloga, konto na epulsie i gronie.

Na szczęście tylko tyle, bo szybko zmądrzałam. Na szczęście zawsze miałam tę pewność siebie.

I teraz będzie puenta…

Dla tych, którzy jej nie wychwycili. Czy osoby, które zostawiły mi tamte obraźliwe i anonimowe komentarze miały na uwadze moją wrażliwość? A może myślały, że ja nie wiem, że mam tego zeza i trzeba mnie skierować do okulisty? Czy też uznały, że osoba z wadą wzroku jest niegodna pokazywania się w Internecie? Albo, że jest to zabawne?

Jak dużo może anonimowe słowo, wie tylko ten, kto go doświadczył na sobie, tak centralnie, w czuły punkt. Więc zanim napiszesz pomyśl czy Twoje słowo wniesie coś oprócz zawstydzenia, upokorzenia i smutku, tego do kogo je kierujesz.

Przemoc słowna w Internecie to przemoc. Taka sama jak każda inna. Mnie nadal boli, gdy o tym myślę… i odruchowo mrużę oczy...

DrukujE-mail

ZŁE DOBREGO POCZĄTKI / SMALL TOWN GIRL

Pół roku temu wywróciłam swoje życia do góry nogami. W przeciągu 2 tygodni podjęłam decyzje o zmianie pracy i przeprowadzce. Niby nic wielkiego – nie wyjechałam do Kambodży… porzuciłam pracę w korporacji na rzecz kancelarii zatrudniającej 3 osoby, a milionową Warszawę na 50 tysięczne miasteczko. Zmiany były nagłe i ciągle mi się wydawało, że ten pośpiech nas zgubi. Nie zgubił – pomógł.

Zmieniłam dzień, w którym wstawałam o 5.45, wychodziłam do pracy o 6.45, a wracałam o 19.00

na

dzień, w którym wstaję o 7, idę do piekarni, a w pracy jestem i tak o 7.55. Do domu wracam o 16.30, bo zachodzę na ryneczek po warzywa.

Zabij w sobie ktosia

Szybkie decyzje mają taką zaletę, że nie masz kiedy się nad nimi zastawiać. A ja rozmyślam nad wszystkim. Kiedy zakiełkował pomysł przeprowadzki, w mojej głowie pojawił się najgorszy wróg. Ktoś i wszyscy – sąsiadka, nauczycielka z podstawówki i daleka kuzynka. Takie tam wyznaczniki dobrej decyzji ☺ Jak zasypiałam to słyszałam: przecież wszyscy uznają to za porażkę, przecież ktoś powie, że mi w tej Warszawie nie wyszło i dlatego wracam, przecież ktoś już tak zrobił i żałował. Nikt tak nie powiedział. A co lepsze usłyszałam wiele gratulacji i słów zazdrości, że się wyłamaliśmy. Ktosia zabiłam raz na zawsze.

Będziesz ze wsi

Może nie tak bardzo ze wsi, jak można, ale jednak. Zawsze mówi się, że większe miasto to większe możliwości. W naszym przypadku możliwości zawodowe są podobne. Porzuciłam korporację i nie powiem, że nie brakuje mi picia kawki z Costy i plotek w kantynie. Ale teraz pracuję z ludźmi, którzy mają czas na kawkę i plotki po pracy, a nie w biegu z laptopem w ręku. Jeśli chodzi o inne perspektywy to brakuje mi jedynie dobrej włoskiej knajpy, wszystko inne mam. A co lepsze mam czas na korzystanie z tych przyjemności.

Stolyca kultury

Przykładowo, w październiku w mojej mieścinie odbyły się: 9.10 stand up – Zenon Laskowik, 13.10 – spektakl teatralny Żona do adopcji, 16.10 koncert Marcina Wyrostka, 18.10 – koncert Grzegorza Turnaua i Andrzeja Sikorowskiego 24.10 – koncert Vivat Opera Opery Lwowskiej. Wzięłam udział w 4 wydarzeniach co oznacza, średnio jedno wyjście tygodniowo. Na bilety wydam dokładnie 168 zł. A wiecie ile razy byłam przez okres styczeń – kwiecień w teatrze i na koncercie mieszkając w Warszawie? Podliczyłam – 5. Wracając z pracy o 19 i mając wybór, zjeść i poczytać książkę, albo jechać godzinę do teatru, żeby wrócić do domu o 23, wolałam jeść i czytać. No tak mam, że lubię kiedy mi wygodnie, co poradzisz.

Miasto starych ludzi

Tu się przyznam bez wykrętów. Brakuje mi poznawania nowych osób. Niewiele mam ku temu możliwości, ale bardzo się staram. Zacieśniliśmy za to relacje z dawnymi przyjaciółmi. W końcu czuję, że mam z nimi bliski kontakt. Resztę znajomości utrzymuję przez facebooka i maile – nie odczuwam tu znacznej różnicy, bo zawsze tak było. Teraz jest łatwiej wyjść na godzinkę do znajomych, bo jeśli plan zakłada powrót o 22 to wystarczy wyjść od nich o 21.50, a nie o 20.30 :) A wiecie jak to jest z trzymaniem się planów, gdy mąż wypije dwa piwa… :)

Wszędzie może być dobrze. Teraz jestem tego pewna. Wystarczy spróbować i albo zawrócić, albo zostać – to proste.

DrukujE-mail