#Było życie odkładane na potem.

 

#Twoje żale są czyimś marzeniem
Wstaję rano i już się krzywię – bo nie ma słońca. Wypijam herbatę i wzdycham znużona – tyle prania do poskładania. Siadam do komputera, a tam maile się piętrzą jak biszkopty na torcie. Dam radę myślę i zabieram się do pracy. A potem nagle, jakiś świst, jakaś myśl. Ale o co Ci chodzi? Czemu narzekasz? Bo masz co robić? Bo masz pralkę, suszarkę i zapas proszku? Bo ciągle jest czegoś za mało?
Zmieniam tryb. Siadam w ciszy. Wychodzę na ogród. Jeszcze wczoraj zirytowałabym się na widok budowy bloku naprzeciwko, dziś macham do pracujących  tam panów i wołam dzień dobry. Za miesiąc będę za tym bałaganem tęskniła.

 #Na coś Czekanie
A gdyby nie ta myśl, gdyby mnie nic dziś nie zdziwiło? Nie wyszłabym na balkon, nie zachwyciła tym jak poziomki szybko dojrzewają. On wpadłby do domu na szybkie śniadanie, a ja, zamiast cieszyć się tym, że jest – marudziłabym, że na tak krótko. Znów zjadłyby mnie oczekiwania. Na coś, na lepszy czas, na lepszą pogodę, na lepszy moment. Na to, żeby się chciało.

#To jest tu i teraz
Nie ma innego, lepszego momentu. Po lipcu będzie sierpień, a potem wrzesień. Nic się nie wydarzy. Przyjdzie jesień, będzie padał deszcz. Wtedy powiem sobie, że przecież ten lipiec był i już go nie ma. Było słońce i już go nie ma. Była herbata i już jej nie ma.

#Było życie odkładane na potem.

 

DrukujE-mail

PANI ELA Z BIEDRONKI



Chciałabym opowiedzieć Wam o pewnej Pani. Nazwijmy ją Panią Elą. Poznałyśmy się w Biedronce. Ja robiłam zakupy, ona siedziała na kasie. Jedną z rzeczy, którą kupiłam była książka. Do ostatniej chwili wahałam się, czy ją wziąć, bo autor "znany jest nie z pisania", a to często źle wróży. Oprócz tego miałam w głowie, że w domu w kolejce czeka stosik lektur. Pani Ela z szerokim uśmiechem powiedziała - "Weźmie Pani. Nie trzeba lubić Kolskiego, żeby dać się porwać. To jest bardzo mądra książka. Czyta się bajkę, a potem się płacze. Trochę jak u Terakowskiej. Czytała Pani którąś jej książkę? Wczoraj skończyłam czytać Kolskiego.. Bardzo polecam". Wryło mnie. Tak totalnie. Pani z kasy w Biedrze specjalistą od literatury-tego jeszcze nie grali.

Za kilka dni Pani Ela zagadnęła mnie pytając jak lektura. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że jeszcze się nie zabrałam do ostatniego nabytku. Od słowa do słowa pani Ela poleciła mi jeszcze kilka pozycji z oferty Biedronki. Mówiła to, jednocześnie wbijając cenę na worki na śmieci i podając koleżance kod na cukierki. Sytuacja mocno zaskakująca - Pani na kasie opowiada o tym, co dobrego wypożyczyła z osiedlowej biblioteki i że ona, tak jak ja, rozmiłowuje się w literaturze dla brzmienia słów. Nie czyta historii, nie liczy się fabuła. Piękny język - to jest jej wyznacznik dobrej literatury.

Wróciłam do domu. Chwyciłam zakupioną książkę Kolskiego. Pani Ela miała rację-dwa wieczory i miałam to za sobą. Było ciężko, bo to jest książka z tych, przez które wszystko wydaje się do dupy. Myślisz o tym, jak puste i pozbawione celu jest życie korpoludzia... Ale potem wyciągasz wnioski i uśmiechasz się do słońca.
Biedronka, w której pracuje pani Ela jest "moją" osiedlową. Odwiedzam ją często, więc z utęsknieniem rozglądałam się idąc do kasy. Weszło mi to w nawyk. Miło mi było powiedzieć Dzień dobry Pani Elu! Kto mnie zna ten wie, lubię rozmawiać z ludźmi.
Któregoś razu, gdy już uznałam, że jesteśmy zakolegowane, zapytałam ją - Pani Elu Droga, Pani się marnuje na tej kasie, Pani jest taka mądra, Pani może mieć lepszą pracę. Co Pani tu jeszcze robi? Przecież Pani może mieć w życiu coś więcej.

Spojrzała na mnie smutno, a mi zrobiło się wstyd. Tak strasznie wstyd. Tak jak wtedy, gdy w drugiej klasie powiedziałam, że kolega rzucił we mnie piłką, a on dostał od mamy wielkie lanie. Tylko ja i on wiedzieliśmy, że żadnej piłki nie było... Taki palący, upokarzający wstyd. Pani Ela podliczyła moje zakupy bez żadnego słowa. Myślałam, że umrę, gdy wystukiwałam PIN.

Na koniec, gdy już odchodziłam, nie wytrzymałam i zaczęłam przepraszać... Pani Elu, ja nie chciałam, to nie miało tak zabrzmieć. A ona się tylko uśmiechnęła i cicho powiedziała - Nie oceniaj książki po okładce. A człowieka po pracy. Nie wiesz, co się kryje w jego historii i dlaczego jest tu, gdzie go zastałeś. Do widzenia.

Poryczałam się. Zabolało. Głupia ja.

*Książką, o której mowa jest "Jańcio Wodnik i inne nowele" Jana Jakuba Kolskiego. Polecam.

DrukujE-mail

Życie jest za krótkie, aby skupiać się na zaprzeczeniach - poznajcie Keli.

 

Niezwykłe historie zazwyczaj zaczynają się bardzo zwyczajnie. Poznałam  ją przypadkiem, pomagała jej załatwić urzędowe formalności. Podczas pierwszej rozmowy wyczułam, że jest obcokrajowcem, jednak nie wiedziałam skąd dokładnie pochodzi. Widziałam niezwykle piękną dziewczynę, o ogromnych czarnych oczach. Przedstawiła mi się jako Keli, więc jej korzeni szukałam na zachodnie.

Dopiero wgląd w dokumenty dowiódł, że tak naprawdę na imię ma Kheli i pochodzi z Szali, miasta w Republice Czeczenii.
Keli ma 28 lat, w Polsce mieszka od 17. Jej rodzina uciekła z ogarniętego wojną kraju. W 1999 roku rozpoczęła się II wojna czeczeńska. Działanie zbrojne miały miejsce na terenie całego kraju.

– Mimo, że byłam wówczas dzieckiem to dużo pamiętam – wciąż słyszę huk samolotów i ryk syren ogłaszających alarm przeciw bombowy. Najmocniej jednak w mojej głowie wybrzmiewa płacz babci. To było pod koniec 1999 roku, mój tata wszedł do domu niosąc na rękach ciało swojego brata. Położył go na łóżku, a babcia krzyczała – Zabierz go, zabierz. Niech tak nie leży. Zabierz. Nie wiem co było potem, nie pamiętam. Wspomnienia zlewają mi się w jedną masę.

Kiedy dotarli do Polski, w 2000 roku, było tu niewielu Czeczenów. – Ściągnął Nas do siebie kuzyn mojej matki. Mieszkaliśmy u nich w Łomży. Ja, dwoje mojego rodzeństwa, rodzice i pięcioosobowa rodzina kuzyna. To było bardzo trudne, bo mieliśmy do dyspozycji 2 pokoje. W Czeczeni mieliśmy duży dom i kucharkę. Jednak u nas wszyscy są gościnni. Mamy takie prawo zwyczajowe Adat i ono mówi, że gości trzeba cenić. Tata czas mówił, że coś znajdziemy. Ale mijały dni, a myśmy tkwili w takim stanie. Mieliśmy wówczas zgodę państwa na pobyt tolerowany tzn. prawo do legalnej pracy i szkoły, ale bez żadnych zasiłków. Ja miałam wtedy 11 lat i musiałam zacząć chodzić do szkoły. Nikt z Nas nie mówił po polsku. Tata znalazł pracę w tartaku. To był cud, że ten Polak zgodził się go zatrudnić. Porozumiewali się po rosyjsku. Jakub – właściciel tartaku powiedział mi później, że zgodził się na zatrudnienie Czeczena tylko dlatego, że sam wcześniej jeździł do Niemiec, był tam nielegalnie, a jednak ktoś dał mu szansę i dał prace. Postanowił oddać to, co dostał. – Ojciec bardzo się starał, widać było, że przeżywa. Po pół roku zwolniło się miejsce w ośrodku dla uchodźców w Łomży i wyprowadziliśmy się od kuzyna.

Keli opowiada mi swoją historię jak książkę. Robi przystanki, a ja widzę, że wówczas skończył się w jej życiu jakiś rozdział. – Ośrodek to było dno. Tam wszyscy mieli być na chwilę i jechać dalej na zachód. Mój ojciec jako jeden z niewielu miał pracę, więc rodzice zdecydował, że zostajemy w Polsce. Ja nadal pamiętałam ten śmierdzący pociąg do Brześcia, później Terespol i tą okropną tułaczkę więc cieszyłam się, nigdzie się nie wybieramy. Byłam jeszcze dzieckiem. W szkole szło mi coraz lepiej, okazało się, że jestem „ciekawym obiektem”. Bardzo chciałam zintegrować się z Polakami. Od początku musiałam się uczyć.
Mój tata skończył uniwersytet, można powiedzieć, że jest inżynierem. Mama jak na zwyczaje w Czeczeni również jest wykształcona i mądra. Dlatego bardzo kibicowali mi i rodzeństwu, żebyśmy przykładali się do szkoły. Było ciężko. Dla Nas rodzina i przyjaciele są bardzo ważni. Nasza tradycja nakazuje nam żyć wspólnie. Jednak w ośrodku odstawaliśmy od reszty – Ojciec pracował, a dzieci miały dobre oceny. Tak było tylko u Nas. Byliśmy piętnowani.
Kolejny duży rozdział to przeprowadzka do Warszawy. Dzięki Jakubowi, który zatrudnił tatę otrzymaliśmy status uchodźcy. Również to On pomógł Nam w znalezieniu nowego mieszkania. Czeczenom nikt nie chciał wynająć lokalu, dlatego Jakub wziął to na siebie. Mój brat miał wówczas 18 lat i zaczął chodzić na zajęcia z kick-boxingu. To było dobre, bo wyładowywał agresję i złość. Wcześniej były z nim kłopoty. Na tych zajęciach poznał Janusza, właściciela firmy kurierskiej. Zaprzyjaźnili się i brat dostał pracę. Ja chodziłam do gimnazjum. Nie było łatwo, ale bardzo o siebie walczyłam. Dużo się uczyłam, nauczyciele doceniali mój trud. Tata, znów przy pomocy Jakuba dostał dużo lepszą pracę – praktycznie w zawodzie. Nasze życie stało się NORMALNE.

Maturę zdałam z bardzo dobrymi wynikami. Zgodnie z tradycją, powinnam była zostać wówczas wydana za mąż. Oderwanie od społeczności, tułaczka wojenna i taka zwykła życiowa mądrość pokierowały moim ojcem i zgodził się na moje pójście na studia. Wyobrażacie to sobie? Jestem Czeczenką, wyznaję Islam, mam 19 lat i idę na studia. To nie brzmi zwyczajnie.
Dostałam się na Uniwersytet Warszawski. Studia skończyłam rok temu i obecnie pracuję w fundacji, która pomaga uchodźcom. Mieszkam z rodziną, bo moja młodsza siostra jest chora i pomagam mamie.
Chciałabym poznać mądrego i dobrego chłopaka, który zaakceptuje moją odmienność, zrozumie skąd jestem i jak wiele mnie to kosztowało. Jednak nic na siłę. Rodzice nie naciskają. Oni wiedzą, że życie nie jest tak proste jak by się mogło wydawać. Wszystkie moje kuzynki mają już dzieci, większość 2-3. Ja jestem inna, bo moja rodzina jest inna. Jednak dzięki tej odmienności bliżej Nam do Polaków.

Nigdy, przenigdy nie wyrzeknę się tego skąd jestem. Nie zdejmę z głowy hidżabu, ani nie wybaczę Rosjanom. Jednak życie jest za krótkie, aby skupiać się na zaprzeczeniach.
Na koniec pytam Keli jak reagują na nią Polacy, czy spotyka się z negatywnymi komentarzami. -Zdarza się, że gdy jadę tramwajem ktoś krzyczy „Allah Akbar”. Kulę się w sobie, bo to jest prześmiewcze i złe. Zdarzają się komentarze dotyczące mojego stroju. Miałam z tym problem na studiach. Ja myślę, że jak ktoś chce – niech nosi mini, ktoś inny bardzo kolorowe rzeczy, a ja chcę mieć prawo do noszenia chusty, to mój sposób wyrażenia siebie. Jednak mimo tych incydentów to uwielbiam Polaków. Dostałam od Was dużo dobrego. Pierwszą najważniejszą osobą, bez której nic by się nie udało jest Jakub. Potem pomagali Nam wolontariusze z ośrodka Czeczeńskiego. Obecnie pracuję z Polakami na rzecz integracji uchodźców. Staram się spłacić swój dług i oddać dobro, które dostałam.
*Imiona i niektóre okoliczności zostały zmienione na prośbę bohaterki

Tekst napisany został w ramach współpracy ze spottelomza.pl.

DrukujE-mail

VATEM OD SUKCESU JEST HEJT


Kiedyś przeczytałam, że VATem od sukcesu jest hejt. Pamiętam jaką mi to wyryło w głowie dziurę. Nie wierzyłam, że faktycznie zazdrość może decydować o relacjach. A może, i decyduje. Taka jest prawda.

Ostatnio napisałam ten wpis. Pełen optymizmu i dobrej energii. Podzieliłam się swoją radością z tego, że zmieniłam pracę. Napisałam jak bardzo się z tego cieszę. Na zmianę pracy nałożyła się też zmiana stylu życia, większa troska o to jak gospodarujemy czasem. Od około dwóch miesięcy staram się regularnie ćwiczyć i pilnować diety. Mam cel, żeby poczuć się lepiej w swoim ciele i bardzo staram się go zrealizować. Nie tracę wiary, bo idzie mi dobrze. Dodatkowo dostałam dofinasowanie na studia, przymierzamy się do budowy domu i mam czas chodzić na paznokcie  - wszystko idzie naprawdę dobrze.

Nie piszę tego, żeby się chwalić. Piszę Ci o tym jak o rzeczach, które się wydarzają. Mam dobry czas, dobrą energię. Jeszcze pół roku temu tak nie było - żarłam knopersy i stałam na granicy nerwicy. Zmieniłam to SAMA i jestem dumna.

Już tłumaczę, dlaczego Ci o tym opowiadam. Chodzi mi właśnie o ten podatek od szczęścia. Muszę swoje zapłacić, nie może być za dobrze. Ktoś musi mi to wytknąć, ktoś przemilczeć. Najgorsza jest właśnie ta cisza, kiedy mówi się o tym, że jest dobrze,  a słyszysz się tylko „aha”. Nie oczekuję klepania po plecach, jednak miło by było usłyszeć, że ktoś we mnie wierzył, że to nie przypadek, że coś mi się udaje. Do tego dochodzi masa argumentów i licytowania, że zaraz coś się zepsuje, albo, że inni jednak mają lepiej…. a ja się głupia cieszę.

Odkąd chodzę na siłownię dużo o tym gadam. Taki mam sposób – przekrzykuję swoje lenistwo. Dlatego kiedy opowiadam o swoich osiągnięciach, o tym, że  schudłam już 2 kg, a w odpowiedzi słyszę, że i tak zaraz mi się znudzi ten sport... to zwyczajnie mam chęć odwrócić się na pięcie i odejść. To nic, że ten kto krytykuje ma 1000 argumentów na poparcie swojego lenistwa. Łatwiej niż pójść robić tyłek razem ze mną, jest mnie w niego kopnąć.

Moja praca nie jest jakimś niesamowitym sukcesem. Mam w planach większe. Jednak dla mnie jest dowodem, że mogę dużo i wszystko zależy od mojej woli. Ci, którzy mówią „i tak Ci się odechce” nadal są tam gdzie byli, a ja mimo że lekko zmęczona, jestem już dwa kroki dalej.

Jednak swój podatek od szczęścia płace. Ten VAT to zerwane relacje, niechęć i trudności w zaufaniu.
Kiedy jesteś w biedzie i źle ci się wiedzie, to jakoś tak ludziom łatwiej jest wytrwać u twego boku. Ostatnio myślę o tym, że takich, z którymi chcę świętować swoje dobre momenty jest garstka. Kiedyś musiałabym kupić 3 skrzynki szampana, dziś kupię jedną butelkę. Niech hejterzy i krytykanci obejdą się smakiem.

DrukujE-mail